Bridget, to otaczająca się w kręgu małżeństw, samotna kobieta poszukująca tego jedynego. Pewna siebie, ale niekonsekwentna trzydziestolatka, zachowująca się jak nastoletnia dziewczyna z liceum. Walcząca z nałogiem, kaloriami i brakiem faceta. "Dziennik Bridget Jones" to odzwierciedlenie historii niejednej kobiety, która czuje się niespełniona i ciągle wpada w tarapaty.
Powieść przepełniona humorem. Typowa, lekka historia, tak zwana literatura kobieca. Mało wymagająca, krótka i... według mnie nudna i oklepana. Mam wrażenie, że w literaturze czy historii kinematografii powstało mnóstwo podobnych pozycji. Wszystko opiera się na tym samym schemacie: samotna kobieta, która poznaje mężczyznę swoich marzeń. I na tym opiera się cała fabuła powieści. Inne wątki to tylko dodatki, rodzaj urozmaicenia, by czytelnik nie wpadł w monotonię.
Czytając tę książkę, czułam, że robię to na siłę. Raz przeczytanie stu stron zajmowało mi godzinę, innym razem podchodziłam do nich przez kilka dni. Jak dla mnie: bez rewelacji. Materiał idealnie nadaje się na komedię jakich wiele.
Powieść napisana w roku 1997 doczekała się ekranizacji cztery lata później. Film "Dziennik Bridget Jones" z Renée Zellweger w roli głównej to chyba jeden z najpopularniejszych tytułów ostatniej dekady. Zabawny i lekki.
O ile ekranizację mogę polecić, tak książce mówię zdecydowane "nie".
Ocena: 5/10